ZASŁYSZANE HISTORIE / Babcia

Właśnie spoglądałem na przydomowy ogródek przez okno. Trzymałem na rękach kota i obaj podziwialiśmy zieloną burzę drzew, która kołysała się na wietrze.Kiedy tak trwaliśmy z przyjacielem w zadumie, na chodnikowej ścieżce, która prowadziła do furtki, pojawiła się Babcia Kolońska.

Kiedy przed laty, po raz pierwszy mieliśmy okazję ją poznać, właśnie schodziła ze schodów pomrukując coś pod nosem. Przepraszając, zeszliśmy jej z drogi. To znaczy ja powiedziałem: „Przepraszam”… „Dzień dobry”, a kot zamruczał coś pod wąsem.Jakby w odpowiedzi babcia skrzywiła się mamrocząc: „Ja to wiem… Nie ma się co spieszyć” i podreptała do wyjścia. Kiedy w tamtej chwili stukająca laską przeszła obok, ogarnął mnie znajomy zapach wody kolońskiej. Prawdę mówiąc nie kojarzył mi się z niczym przyjemnym.

Oto, kiedy byłem dzieckiem, mój tata raz na dwa tygodnie prowadził mnie do pana Ferdynanda, fryzjera. Ten był tykowatym drągalem z łysą czaszką, na którą starannie zaczesywał kilka wybrylantowanych pasemek zrudziałych włosów. Po skończonym strzyżeniu mistrz grzebienia wyciągał brzytwę i zamaszyście ostrzył ją na skórzanym pasie. Sekundę później nachylał mi głowę do przodu i podgalał to, czego nie ścięła golarka. W tamtym momencie byłem najżarliwszym na świecie katolikiem. Błagałem Boga, żeby pan Ferdynand w tej złości, że nie ma już włosów, choć jego klienci zostawiają ich bez liku na jego podłodze, nie ciachnął mi głowy błyskającym w lustrze ostrzem. Ostatnim akordem tortury było skropienie wodą kolońską, która pryskała mi w oczy, nos i usta.

Choć przygarbiona kobiecina nie miała nic z fizjonomii Pana Ferdynanda, to pachniała lawendą. Stąd jej przezwisko – Babcia Kolońska?Z okiennego stanowiska dostrzegłem, że idąca chodnikiem starowina niosła w ręku niewielką walizeczkę. Czyżby się wyprowadzała? Nim dotarła do furtki, nieoczekiwanie spojrzała w moje okno. Wydało mi się, że słyszę jej mrukliwe: „Ja to wiem… Nie ma się co spieszyć”.

Chociaż tym razem wypowiedziała to z ironią.Godzinę później z korytarza dobiegł hałas, przypominający spadające po schodach pianino. Potem męski głos zawołał: „Ja to wiem… Przecież mówiłem, że nie ma się co spieszyć”.

Zaintrygowany wyjrzałem na korytarz. Hałas dochodził z piętra wyżej, gdzie mieszkała Babcia Kolońska.– Coś się stało? – spytałem sąsiada, który schodził schodami.– To pan nie wie? – Westchnął. – Wczoraj zmarło się starowince. Robotnicy z administracji spieszą się, żeby wynieść jej meble na śmietnik. Pracują tylko do 16.00.

Paweł Szlachetko

Więcej podobnych historii:

https://www.youtube.com/channel/UC6eZJwg7fBROHTz7C2bIWIA?

33
Źródło artykułu

Related posts